czwartek, 3 sierpnia 2017

Żona pszczelarza_sezon 2017

    Dawno już nie pisałam o swoich doświadczeniach i przeżyciach jako żona pszczelarza :) Mimo, że z roku na rok pracy więcej, co się niekoniecznie przekłada na profity z tejże roboty, ale ogólnie na nudę nie narzekamy, bo jest co robić i przy czym chodzić.
W tym roku sezon zaczął się co prawda na początku czerwca, ale cały lipiec był prawie martwy. Pogoda straszna - albo bardzo zimno albo padało. Nawet podmyło nam budynek gospodarczy i po raz kolejny trzeba było zamawiać koparkę do wykopania dołu, do którego mąż wsadzał rury odwadniające. Przypłacił to swoją drogą naderwaniem lub nadwyrężeniem czegoś w plecach. I przeleżeniem całego dnia w łóżku, a w następnych stękając z bólu. No cóż, dźwiganie taczek pełnych piachu, to nie przelewki, trzeba uważać, zwłaszcza gdy się jest już w wieku dojrzałym ;)
Ale wracając do sedna, sezon ogólnie do kitu. Wszystko późno zakwitło, późno nektarowało i szybko za przeproszeniem zdechło. I gryka i facelia. O innych roślinach nie wspominając. Noce zimne, ulewne deszcze i tak w kółko. Ostatnie dwa tygodnie są wreszcie jako takie i coś tam tego miodu można było wykręcić. Swoją drogą, każdy miód ma kolor gryki, bo obsiane są nią chyba wszystkie okoliczne pola. Ale smak mają różny, i to jest pocieszające :)
Ile razy jechaliśmy w plener, żeby zobaczyć czy wszystko jest ok, to nikt nie zliczy. Samochód reprezentacyjny do tej pory, teraz wygląda jak po ciężkich przeżyciach, wiecznie utytłany, na zewnątrz jak i w środku, bo w końcu wozi się różne rzeczy. Począwszy od uli, miodu, węzy, tak zwanego podkurzacza (do odymiana pszczół), jak i próchno z lasu do tegoż podkurzacza oraz rój pszczół w tymczasowej skrzynce i strój pszczelarza tudzież rękawiczki gumowe, kalosze, itp., itd. Jest tego, jest!
Na pola lubię jeździć, bo wena twórcza bardzo często mnie tam dopada, chociaż w tym roku i wena jakaś zdechła, ale trudno. Za to mam piękne widoki, bo to nie tylko łany zboża, rzepaku, facelii, ostropestu, gryki, łubinu jak i inne tzw. „chabazie”. Poza tym dzikie ptaki, zające, sarny i wszelka zwierzyna polno-łąkowa. Tematy jak znalazł do pisania wierszy.
Czasami jednak taka podróż na łono przyrody różnie się kończy. Pojechaliśmy sobie w upalny weekend na jedno z "naszych" pól, po wertepach, ale tam zawsze wertepy, ale tym razem jakieś bardziej rozjechane. Nawet dalej jakby woda stała, ale mąż stwierdził, że da radę i ruszył z kopyta. No i ujechał kilka metrów i dosłownie żeśmy się zapadli po same koła prawego boku Forda Mondeo. Ja w sandałkach, krótkich spodenkach i z książką pod pachą, z cukrzycą i niewydolnymi płucami, już widziałam oczyma wyobraźni jak pcham ten samochód, a mąż kieruje, bo ja akurat nie mam prawa jazdy, co przy wadzie wzroku – 7 dioprii nie powinno dziwić. Ciekawe, ile dalibyśmy radę szarpać się z tym autem, po kolana w błocie, ale na szczęście mąż-pszczelarz ma kontakty wśród okolicznych rolników i namiary na kogoś, kto traktorem wyratowałby nas z opresji. Szczęście, że i operator komórkowy w telefonie męża dobrze się sprawuje, bo z mojej komórki to moglibyśmy się nigdzie nie dodzwonić. I czekać na zbawienie lub piechotą przez zarośla lecieć po kogoś z ciężkim sprzętem. Może z pół godziny poczekaliśmy na traktor, a pan od razu nas poinformował, że tu, na tych polach, to sobie chłopcy rajd samochodowy ostatnio zrobili, stąd takie doły, góry, dziury i błoto. No tak, rajd wyścigowy. Nie wpadłabym na to zapewne! Koniec końców traktor nas wyciągnął, chociaż za pierwszym razem urwała się lina czy co to było, ale za drugim już gładko poszło i wydobyliśmy się z tej brei. Szczęśliwi, że sprawnie i szybko poszło, wróciliśmy w domowe pielesze. Survival mam z mężem, że hej! Zamiast wierszy zacznę chyba pisać powieść o żonie pszczelarza, co to ją pszczoły żądlą zazwyczaj w policzki i puchnie rewelacyjnie, wyglądając jak po nieudanej operacji plastycznej. A osa wieńczy dzieło zniszczenia, żądląc w brzuch. Ale dwa owady w jednym sezonie, to nic strasznego :)



wtorek, 25 lipca 2017

Prawie jak w SPA




Choćbym nie wiem jak nie chciała i tak muszę jechać każdego roku do szpitala. Co prawda teoretycznie mogę rzadziej, ale obawiam się, że mój stan zdrowia byłby wtedy nieciekawy. I tak, czułam się zatkana, zawalona i z uczuciem leżącego na klatce piersiowej ciężkawego kamienia (zwłaszcza zaraz po obudzeniu). Termin został wybrany, ustalony i zaakceptowany przez wszystkie zainteresowane strony, tzn. szpital, mnie i rodzinę :) Ponadto został zaangażowany kolega męża, gdyż ten ostatni akurat musiał jechać na trzydniową delegację, ale summa summarum okazało się, że mój wyjazd opóźnił się o kilka dni. I do szpitala zawiózł mnie mąż.
         Wyjeżdżaliśmy w ziąb, mimo że to był koniec kwietnia :( Wzięłam wiosenną kurteczkę i wiosenne buty, i szczelnie wszystko zapinałam, żeby mnie nie zawiało… Jak zwykle trzy torby, torebka, poduszka i zgrzewka wody wyglądały, jakbym wybywała na kilka miesięcy, a nie na dwa tygodnie. Ale w sumie nawet jakbym na 3 dni ruszała się z domu, to i tak niewiele mniej musiałabym zabrać. Ubrania na zimno i na nagłe gorąco, dwa inhalatory, leki podstawowe i mniej podstawowe, bo jakby mnie gardło bolało? A bolało, po fiberoskopii miałam je tak zdarte, że się już martwiłam, czy to nie jakaś infekcja. Infekcja na szczęście nie, ale za to pojawiła się opryszczka. Oczywiście na to nie byłam przygotowana, bo opryszczkę miewam raz na kilka lat. Na szczęście poratowała mnie pani z sąsiedniej sali plus okłady z sody oczyszczonej. Udało się dziadostwo zdusić – w zasadzie – w zarodku.
         Podczas tego leczenia dostałam apartament – salę dwuosobową z łazienką! Kto nie leżał w szpitalu przez dwa tygodnie w sali pięcioosobowej z chrapiącymi starszymi paniami, które łażą po tejże sali od 5.00 rano, a kładą się spać po 18.00, nie zrozumie mnie. Ten, kto leżał, wie o czym mówię. I jak doceniam to, że mogłam liczyć na takie luksusy… Ale to jeszcze nie wszystkie zbytki, na jakie się załapałam tym razem. O czym za chwilę :)
Bałam się myśleć, co tym razem będzie z wenflonami. Nieraz jakoś żyły się znajdowały, a nieraz nastawiałam się na tzw. wkłucie centralne. Brutalnie rzecz ujmując, wbija się cewnik w żyłę podobojczykową lub udową :( Na samą myśl można zemdleć. Oswajam się co roku z tą ewentualnością, że kiedyś będę musiała…, ale chyba nikt nie umie się na to przygotować. Tym razem jednak miałam więcej szczęścia niż rozumu i kolokwialnie powiem, że UJECHAŁAM 13 dni leczenia na JEDNYM wenflonie!!!!!!! Huraaaaa!!! Nie wiem, jak to się stało, komu zawdzięczam ten cud, ale fakt pozostaje faktem. Całą jesień i zimę regularnie jadłam naturalną witaminę C. Może to dzięki niej? Pobyt w szpitalu był więc tym razem w ogóle bezbolesny i tak to można sobie leżeć. No i leżałam, przez pierwszy weekend prawie z łóżka nie wstając. Czytałam, oglądałam, jadłam i znów leżałam. I tego mi było właśnie potrzeba. Oraz samotności. I to dostałam. Po kilku dniach miałam już towarzystwo, ale cudowne, więc przyczepić się nie ma do czego ;).
Szczegółowe "fotorelacje" z przeleczenia przedstawiałam na Facebooku, jak rasowe celebrytki, które leżąc w szpitalu, informują o tym wszystkich, więc i ja nie chciałam być gorsza ;) Słowa otuchy i wsparcia od grona wspaniałych znajomych są nie do przecenienia i tu zbliżam się do clou całej historii. Otóż, są na tym świecie wspaniali ludzie, z wielkim sercem, którzy nam, chorym na mukowiscydozę, pomagają bezinteresownie. Proszę sobie wyobrazić, że leżąc w szpitalu, marzy się o dobrym jedzeniu. Nie zimnawej, niesłonej i nie wiadomo co przypominającej brei, tylko porządnym obiedzie, z porządnym deserem i kawką do tego.
Na Facebooku Pani Małgosia Missal-Cegłowska zapytała mnie, jakie mam życzenia odnośnie do obiadu, a wszystko mi przywiezie :) Zatkało mnie z wrażenia do tego stopnia, że nic nie wymyśliłam – zdałam się na Panią Małgosię. I tak, w niedzielne wczesne przedpołudnie, gdy inni jeszcze polegują w łóżku bądź wracają z kościoła, na oddział wpadła z wielką energią Pani Małgosia, a za Nią, z kolejnymi torbami, Jej mąż – Pan Jan. Przytachali obiad dla ośmiu Mukolinów!!!! Zaserwowano nam: zupę cytrynową (Pycha! Jadłam po raz pierwszy!), a na drugie danie kluseczki plus sosik z mięskiem i trzy rodzaje surówek. Tyle tego było, że kluseczki zjadłam na raz tylko połowicznie, inne Mukole też, bo jeszcze czekał na nas SERNIK!!!! Myślałam, że umrę z przejedzenia… Tak to sobie można jechać do szpitala: nic nie boli, pobyt w apartamencie i na dodatek pyszne jedzenie! Dosłownie jakbym była na urlopie w jakimś SPA… Brakowało tylko basenu i drinków z parasolką ;) „Drinki” co prawda leciały w kroplówce, ale to jednak nie to samo.
Nie wiem, jakimi słowami podziękować Pani Małgosi Missal-Cegłowskiej i Panu Janowi Cegłowskiemu (właścicielowi Hotelu Max Luboń) oraz kucharzowi Panu Mateuszowi Missalowi… Z całego serca Wam dziękuję ja i inni chorzy, którzy nie raz mieli okazję spotkać się z Waszą wspaniałomyślnością i bezinteresownością. Jesteście wielcy! DZIĘKUJEMY!!!


piątek, 21 lipca 2017

Hardcor w mieście



Ze zdrowiem nigdy nic nie wiadomo. Zdrowie zawsze może człowieka zaskoczyć. I jak się rok zaczął za przeproszeniem do dupy, to się obawiam, że na dupie się skończy. Oględnie mówiąc – sprawy kobiece, jak się to potocznie mówi. Za jakiś czas się okazało, że i z piersiami coś nie bardzo, więc kolejni lekarze, prywatnie, żeby ze strachu nie zwariować, czekając na wizytę w specjalistycznej przychodni. Ale doczekałam się i wizyty w tejże, sponsorowanej przez NFZ.
Pojechaliśmy do byłego miasta wojewódzkiego całą rodziną, by przy okazji załatwić parę innych spraw i rozerwać się z małoletnim na basenie, bo pogoda jest jaka jest, każdy widzi. Też do de...
Wpadłam do przychodni tuż przed wyznaczonym czasem. W rejestracji spytałam, gdzie mam się zgłosić, podpisałam papierek, że chcę otrzymywać sms-y przypominające o wizycie i poleciałam pod wyznaczony gabinet. Zawołano mnie w zasadzie od ręki. Weszłam, a doktor pyta z czym przychodzę. Więc wyjaśniam, pokazując wyniki zrobionych badań. Doktor jakiś naburmuszony siedział, nawet mnie nie zbadał, oddał mi te moje wyniki, powiedział kiedy się zgłosić znowu, i tyle. Nawet pięć minut nie trwała ta wizyta. Poleciałam znowu do rejestracji, żeby zapisać się na kontrolę, ale pani mnie poinformowała, że w naszym kraju nigdy nic nie wiadomo, co będzie, jakie zmiany, itp. i kazała dzwonić pod koniec roku. Odeszłam od okienka, ale się jeszcze wróciłam z zapytaniem, czy nie potrzebuję kolejnego skierowania od dr rodzinnego. Pani zerknęła na to skierowanie, które miałam, stwierdziła, że jest ważne dwa lata i już. Wsiadłam do samochodu i próbowaliśmy się dostać poprzez wszechobecne remonty dróg i napływ turystów, do kolejnego punktu naszego programu dnia. I tak jakoś zerknęłam w te swoje papiery, ze zgrozą stwierdzając, że doktor podając mi je, dał mi również cudze wyniki :( Za chwilę rozdzwonił się telefon z przychodni, że NATYCHMIAST muszę wrócić i oddać to, co niechcąco wręczył mi doktor. Wściekły mąż, znów manewrując pomiędzy masakryczną liczbą samochodów, próbował zawrócić do przychodni. Wpadłam tam od razu na szanownego doktora, któremu chyba dzisiaj ktoś na odcisk nadepnął, bo zabrał ode mnie te papiery bez słowa podziękowania, jakby to była moja wina, że on mi je dał. No nic, znów zapakowałam się do auta i pojechaliśmy w tę samą stronę, z której przyjechaliśmy. Z basenu niestety nic nie wyszło, bo dzikie tłumy turystów zablokowały nieomal parking i nie było się gdzie zatrzymać :( Pojechaliśmy więc na wczesny jak dla nas obiad. A tam? Tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. Z trudem znaleźliśmy miejsce, żeby usiąść. Potem poszliśmy do sklepu ze sprzętem rtv i agd i wyjęłam komórkę, żeby godzinę sprawdzić. I cóż się ukazało moim oczom? Telefon z przychodni, w której byliśmy już dwa razy. Że proszą o natychmiastowy kontakt! Czarno mi się zrobiło przed oczami. Oddzwoniłam, a pani z rejestracji mówi, żebym się wróciła, bo ona ode mnie potrzebuje tego skierowania, co to jej pod nos podetkałam za pierwszym razem!!!! Trzeba było widzieć minę mojego męża, gdy mu to przekazałam ;) Pani mnie jeszcze poinformowała, że jak nie przywiozę tego skierowania zaraz, to mnie obciążą kosztami wizyty!!!!! No nie, myślałam, że mnie szlag trafi! Czy oni w tej przychodni dzisiaj coś pili, czy nieprzytomni byli???? Trzeci raz musieliśmy pojechać w to samo miejsce... Pani niby mnie przeprosiła, ale niesmak do tej placówki po pierwszym wrażeniu, już mi chyba zostanie. 
Zrelaksowaliśmy się w tym Koszalinie, że szkoda gadać ;) Weekend się zaczął do de...ale może lepiej się skończy.


piątek, 30 czerwca 2017

Hej wesele, hej, wesele, tańcowało!



Przez długi okres czasu nie mieliśmy okazji pobawić się. Poskakać, potańczyć, pogadać i pośmiać się aż do bólu wszystkich mięśni twarzy. Na szczęście na rodzinę zawsze można liczyć :) i na koniec roku szkolnego pojechaliśmy na obchody 25-lecia ślubu siostry mojego męża. Cieszyłam się, że to w czerwcu, bo ryzyko załapania infekcji raczej minimalne, no i mrozu raczej nie będzie ;)
Jednak ten rok nie rozpieszcza nas pogodą, i paskudna wiosna przeistoczyła się w paskudne lato-co jeden-dwa dni ciepłe, to tydzień zimna i deszczu, brr. Oczywiście na wyjazd wszystkie prognozy pokazywały temperaturę w okolicach 20 stopni i duże zachmurzenie. I niestety wszystko się sprawdziło. Czyli pakowanie znów na kilka toreb, bo przecież w jednym krótkim rękawku nie pojadę, jak ma być ziąb. Coś na przebranie też konieczne. Cały sprzęt do inhalacji, leki, okularki, stoperki do uszu (żeby choć z kila godzin pospać po imprezie), kropelki do oczu, biżuteria, buty, żakieciki, marynarka męża, koszula na przebranie itp., itd. Klika wieszaków i dwie torby się narobiło. Nigdy nie pakuję się w dzień wyjazdu, torby w przedpokoju stoją zazwyczaj od połowy tygodnia i to, co mi już niepotrzebne wkładam od razu. A przed wyjazdem dopakowuję inhalator, leki, i to, co zapomniałam.
Manicure i pedicure już było załatwione w czwartek, więc sobota tylko na fryzurę i makijaż poświęcona, tudzież zjedzenie małego obiadu, żeby do czasu imprezy nie umrzeć z głodu.
Zapakowaliśmy się z mężem do samochodu, a ja w ostatniej chwili upchnęłam wszystko do jednej torby, buty do tańca wsadzając do reklamówki. Zawsze to lepiej wygląda jak się wysiada z auta z jedną duża torbą i reklamówką, a nie dwiema torbiszczami. Rodzina mogłaby pomyśleć, że my na tydzień, a nie na jedną dobę :)
Stresik przed wyjazdem zawsze jakiś jest. Małoletni zostawał w domu sam, na noc idąc na szczęście po wielu bojach do dziadków, ale generalnie samopoczucie było ok. Kilka km za Bobolicami musieliśmy zajechać do męża pracy i gdy skręcaliśmy w znajome strony mąż zapytał czy wzięłam jego marynarkę. Zrobiłam oczy jak spodki. Nie, nie wzięłam. Mąż zazwyczaj mówi, że on się sam pakuje, bo ma tylko bieliznę do wzięcia, więc nie ma czym się stresować i przejmować, ale koniec końców to zazwyczaj ja go pakuję. Gdzie ta cholerna marynarka wisiała, to ja nie wiem, bo w oczy mi nie wlazła i koniec końców wracaliśmy się po nią. Mieliśmy deja vu, bo dwa lata temu wracaliśmy się 40 km, żeby wziąć torbę z butami na wesele :)
Sto kilometrów drogi przeleciało szybko, zajechaliśmy do rodziny akurat na tyle wcześnie, że i kawkę odpiliśmy i ciasto zjedliśmy i na spokojnie mogliśmy się przygotować do całej uroczystości. No i mnie nagle olśniło, że w tej drugiej torbie, co ją w końcu w domu zostawiłam, miałam spakowaną całą biżuterię, bo nie mogłam się zdecydować, co mi będzie pasowało. Humor mi się zwarzył dokumentnie. Wściekłam się na siebie, że nie zajrzałam we wszystkie zakamarki tamtej torby, ale już było za późno. Jakiś łańcuszek i kolczyki miałam na sobie, od biedy mogło być, ale „stylizację" miałam ustaloną akurat z tamtą niezabraną biżuterią. No cóż, w końcu bez tego mogłam się obejść. Gdy poprawiałam makijaż i wyjmowałam z kosmetyczki jakieś mazidła i malowidła, okazało się, że biżuterię na imprezę włożyłam do kosmetyczki. Eureka! Ucieszyłam się jakbym odnalazła złoto piratów, co najmniej :) Mogłam się więc ubrać w to, co sobie wymyśliłam.
Impreza było bardzo udana. Tańczyłam 7 godzin (z przerwami oczywiście), śmiejąc się jak zwykle, że ZUS by mi rentę odebrał, gdyby widział, ile jestem w stanie szaleć.  Ale było to możliwe tylko dzięki temu, że świeżo odbyłam leczenie szpitalne. Oprócz jednej ze starszych cioć, tylko ja tańczyłam ubrana w spodnie :), które przyklejały się na amen do spoconych nóg, ale cóż. Może jakby był upał, to zdecydowałabym się na sukienkę, ale było zimno, więc nie bałam się, że zmarznę. Jestem pod tym względem nienormalna, ale się już chyba przyzwyczaiłam.Od klimatyzacji uciekałam w najdalszy kąt sali, swoją drogą...
Przeboje śpiewane przez dwóch panów wybitnie mi pasowały. Ale i wybitnie mi uzmysłowiły, że zaliczam się do grona starszych cioć, gdy syn jubilatów orzekł drugiego dnia, że on w zasadzie nie znał w ogóle tych piosenek. No tak, jeśli to były przeboje z lat 80-90-00, a on się urodził w latach 90-tych, to trudno się dziwić :)
Ważne, że wszystko się udało, poza spaniem jak zwykle. Normalni ludzie zasnęli ok. 3 nad ranem, ja się plątałam do 4, bo inhalacje, insulina, leki, itp. Przysnęłam na dwie godziny i się poderwałam o godz. 6, nie wiedzieć po co i dlaczego. Po wielkich trudach znów zasnęłam i za dwie godziny znów się poderwałam, słysząc jakieś strasznie głośne dźwięki. Nie wiedziałam, co się dzieje! Komórka, muzyka, orkiestra, czy co. A to oczywiście biły dzwony na mszę poranną w pobliskich kościele, ale tak waliły, że chyba umarły by się obudził. Wściekła byłam jak osa, ale przysnęłam. Jak bozię kocham o 8.26 te same dzwony znów mnie obudziły! Szlag mnie trafił jaśnisty! Spania już nie było, podrzemałam trochę i wstałam, bo cały dom od dawna był już na nogach. Ludzie to mają zdrowie, pozazdrościć…
Imprezę odsypiałam cały tydzień, chrypię nadal, bo pękałam ze śmiechu, no i dużo gadałam, ale w zasadzie to znów bym potańczyła :)