piątek, 14 sierpnia 2015

Summa summarum



         Czas niestety nie stoi w miejscu i piękny okres upałów niedługo się skończy. Jestem jedną z nielicznych osób, które specjalnie nie narzekają na afrykańskie gorąca, pewnie dlatego, że zawsze wolałam upał od zimna, wilgoci i ziąbu.
         W tym roku tak się porobiło, że wylądowałam w szpitalu dopiero w wakacje. Myślę, że to była trafna decyzja, gdyż na oddziale:
- nie było tłumów ludzi,
- nie było tłumów "mukoli",
- nie panowała grypa ptasia, świńska tudzież zwykła,
- na korytarzach nikt w zasadzie nie chrychał,
- nawet jeśli były przeciągi, to wiatr nie był lodowaty, a ciepły, a w zasadzie to go w ogóle nie było-patrz: afrykańskie upały,
- nawet obiady były ciepłe :) i zjadliwe,
- a nowo wyremontowana łazienka dla pań zachęcała do częstych w ten upał kąpieli.

         Wyjeżdżając we wtorkowy poranek z trzema wielkimi torbami tudzież jaśkiem pod pachą i zgrzewką wody mineralnej (te upały...) postanowiłam po raz pierwszy na nic się nie nastawiać. Na nic, w sensie: na nic dobrego. Wziąć całą, nawet fatalną, sytuację z dobrodziejstwem inwentarza i - za radą bliskiej mi osoby - nie jęczeć bez powodu. Będzie jak będzie:
- położą mnie na sali z babką, która bez świeżego polarnego powietrza się dusi - trudno-poczekam i poproszę o przeniesienie,
- babki będą chrapały osiem godzin na dobę - trudno, jakoś dam radę, najgorsza pierwsza noc,
- pobudka będzie o 4 nad ranem, a od 5 kroplówki, a potem zacznie  się życie szpitalne na całego - trudno, nie idę do pracy, jakoś dam radę,
-  telewizor będzie grał od rana do ciemnej nocy, trudno - będę na bieżąco z wszystkimi serialami, paradokumentami i poradami jak wysprzątać chałupę i mieć nadal białe rękawiczki,
-  jedzenie będzie nie do strawienia - trudno, będę chodziła do baru co jakiś czas i z głodu zapewne nie umrę,
- nie przeczytam ani jednej książki i nie napiszę ani jednego wiersza - trudno, oczy mi wreszcie odpoczną,
- itp., itd.

         Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wejściu do sali babki od razu mi się spodobały.  W nocy nikt nie chrapał, a pobudka nie była o 4 nad ranem, a po 7. W sali miałam łazienkę (dzieloną pospołu z panami), ale summa summarum okazało się, że to niekoniecznie dobre rozwiązanie. Światło w tejże łazience świeciło się pół nocy, a różne wyziewy wisiały w powietrzu dość długo.
"Katering" był ok, chociaż smętnie zwisający z talerza JEDEN liść sałaty i góra chleba + 3 plasterki wędliny jakoś nie pobudzały mojego apetytu, ale w końcu cała reklamówka suchego prowiantu leżała w lodówce, więc się wspomagałam :)
Obiad dwa razy mi nie pasował:
- zestaw: ziemniaki + gruba parówka,
- zestaw: ziemniaki + biały twarożek - to już w ogóle nie mieścił się w moim jadłospisie. A to podobno danie typowo poznańskie :) tzw. "gzik", tylko że ziemniaki nie miały mundurków;
Ale dwa obiady na czternaście, to naprawdę kropla w morzu....

         Nawet żyły mi wytrzymały!!!!! Miałam tylko 3 wenflony! A byłyby 2, gdybym od plastra nie dostała takiego odparzenio-poparzenia skóry, że trzeba było wenflon wyjąć i zająć się skórą.

No i "clou" całego pobytu - po trzech dniach  dostałam salę JEDNOOSOBOWĄ!!!!!!!! Ta dam!!!!!!!!!  Mimo, że uwielbiam gadać, że uwielbiam ludzi, to jednak stwierdziłam, że lepiej mi zrobi samotny pobyt. Dzięki temu przeczytałam pięć książek, kilka gazet i obejrzałam programy i filmy, które sama sobie wybrałam!

Dobrze jest więc nie nastawiać się na zbyt wiele, bo można się mile rozczarować!
 

niedziela, 26 lipca 2015

Pożegnanie lata ?

Od wielu, wielu lat nie byłam w szpitalu w wakacje. Szkoda mi było ciepła, wolności, wieczornych spacerów i wielu, wielu innych rzeczy i spraw. W tym roku wszystko było "nie tak" - dwie ciężkie raczej operacje ojca, śmierć bratowej... To spowodowało, że plany tzw. przeleczenia musiałam przesunąć na lato. Wyjeżdżam więc we wtorek z trzema torbami na "swój" odział do kliniki. Mam wielką nadzieję, że wrócę po dwóch tygodniach i ani dnia dłużej. Niech resztka lata na mnie czeka. Niech czekają żurawie. Niech czekają świerszcze...



***
Zabłąkany wśród traw
stary świerszcz
z siwą kępką włosów na głowie
na jesiennym liściu
gra smutną melodię

żegna lato

wtorek, 9 czerwca 2015

"Żeby bać się śmierci trzeba czuć wielkie przywiązanie do życia" - Carla Montero "Złota skóra"

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Pod przychodnią

Czuję się młodo. Raczej. Do niedawna to mi się jeszcze wydawało, że mam (w duszy) tak około 18 lat. Do niedawna. Teraz w duszy czuję się na około 30, więc chyba nadal nie jest źle.  
W mojej niewielkiej miejscowości w godzinach przedpołudniowych  i wczesnych południowych nie spotykam znajomych, bo na szczęście w większości pracują. Spotykam tych mniej znajomych, tak zwanych znajomych z widzenia, i całe rzesze emerytów i rencistów, którzy mają czas, przynajmniej teoretycznie. Bo w przychodni to często im się najbardziej spieszy, a nie młodej matce z wrzeszczącym dzieckiem.
Panowie emeryci są super, kłaniają mi się w pas, mówią zawsze dzień dobry, chociaż przecież są w wieku moich rodziców, a i nie raz i nie dwa zagadają co słychać. W przeciwieństwie do niektórych moich kolegów, którzy czekają aż ja im powiem "cześć!" lub cokolwiek innego na powitanie. Jednym słowem-pełna kultura.
Ogarnęła mnie ostatnio zgroza, gdy sobie uświadomiłam, że mimo wciąż młodego wieku (ha, ha), z tymi emerytami i rencistami zaczyna mnie łączyć coraz więcej wspólnych spraw. A raczej nie tyle spraw, co chorób:)
Z każdą napotkaną w przychodni starszą osobą mogę sobie pogadać o zdrowiu, bo w zasadzie co druga ma nadciśnienie, co czwarta cukrzycę, a co piąta osteoporozę. Tylko kurczę żadna nie ma mukowiscydozy. Ale może to i lepiej, bo wtedy nie mogłabym z nią gadać, tylko trzeba by zwiewać na bezpieczną odległość.
Pod przychodnią, w przychodni, na głównym ryneczku, zawsze znajdzie się ktoś z kim można ponarzekać na rwę kulszową, na ból głowy, bo to ciśnienie tak skacze, ta pogoda taka zmienna...Na ból w kolanie i klatce piersiowej, na bezsenność, i drożyznę w aptece i w ogóle na politykę naszego państwa. Na zakończenie takiej rozmowy zawsze druga strona może się pocieszyć, że jak się tak pogada, to się okazuje, że inni mają jeszcze gorzej, bo udar, bo zawał, bo ktoś leżący albo już w ogóle wąchający kwiatki od spodu. I człowiek z uśmiechem na ustach, podniesiony na duchu, wraca do domu.

sobota, 16 maja 2015

Podły los

Nie wiem kiedy minął kwiecień i zaczął się maj...Bzy wciąż jeszcze nie są na dobre rozwinięte, a ciepło idzie i znika, jak zjawa. Coraz częściej ogarnia mnie melancholia. Nie mogę płakać. Nie mogę krzyczeć. Nie chce mi się śmiać. Nic mi się nie chce. Jakbym była odrętwiała. Odurzona. Walnięta obuchem. Tęsknię do chwil beztroski, jako takiej, choć na chwilę, choć na parę dni, na parę godzin...Ale się cholera nie udaje. 
Nieraz się zastanawiam, chociaż jako chrześcijanka/ katoliczka, zapewne nie powinnam, że chyba rację mają te religie, w których uważa się, że za zło w poprzednim wcieleniu, teraz trzeba odpokutować. Takie rozumienie jest łatwiejsze. Wiesz, że kiedyś tam robiłeś źle, postąpiłeś paskudnie, to teraz cierp. A jak sobie wytłumaczyć, kiedy się nie wierzy w poprzednie wcielenia? W obecne odkupienie poprzednich grzechów?  
Sens obecnego cierpienia gdzieś mi umyka, coraz bardziej. Zaczynam mieć coraz mniej sił, coraz mniej cierpliwości, coraz mniej zdrowia. Może to depresja? 
Cała rodzina jest chora. Matka, ojciec, córka, brat, bratowa. Chwilami nie wiadomo kogo ratować, kogo zawozić do lekarza, a kogo przywozić i kim się opiekować na już i na potem. Trzy mukowiscydozy (z cukrzycami, osteoporozami, nadciśnieniami, chorymi wątrobami, trzustkami, jelitami, itp., itd), jeden rak płuc, jeden stan po udarze i dwóch ciężkich operacjach jelit. Chciałby się ktoś zamienić? Nieraz myślę, że podpisałabym cyrograf, byle choć na rok być wolnym od chorób. Od ciągłego strachu, lęku, niepokoju. Nieprzespanych nocy nikt nie zliczy. Nieprzespanych, przerywanych, z walącym sercem, z omamami, że ktoś dzwoni do drzwi, że chyba dzwoni telefon, i pewnie coś się stało.... Permanentny stres, który daje się zagłuszyć tylko na chwilę, tylko na trochę, który spycha się do podświadomości z nadzieją, że wreszcie odejdzie. Ale nie odchodzi. Nadzieja, że kolejny rok będzie lepszy, umiera w zarodku, bo od lat każdy kolejny rok jest gorszy. Niczego nie udaje się zakończyć, bo jak?
Jak sobie to wszystko poukładać, usprawiedliwić los, że jest taki podły, bo co? Bo co takiego zrobiliśmy kiedyś? A jeśli nic nie zrobiliśmy, to dlaczego teraz tak mamy? Bo tak wypadło? A dlaczego nie wypadło na sąsiadów? Rzadko zadawałam sobie takie pytania, ale w ostatnim czasie jestem coraz bardziej wściekła na życie i los. Mam go dość.

piątek, 24 kwietnia 2015

Nerwy jak postronki?



 Taki piękny dzień, mimo że poranek mglisty, ponury i niezbyt ciepły. Ale mąż obiecywał, że w południe zrobi się ładnie, no i się zrobiło :) Szkoda tylko, że nie miałam okazji widzieć jak się robi tak pięknie na świecie, bo spędziłam z rodziną kilka godzin u lekarzy.
Małoletni całą jesień i zimę chorował, prawie ciągle miał katar, jakieś niezidentyfikowane infekcje, a kaszlał prawie co wieczór. Zrobiłam mu podstawowe badania, doktor dał nawet skierowanie (ale IgE musiałam zrobić już za opłatą), ale żeby się przekonać czy ten kaszel to wynik postępującej alergii, czy inne licho, mieliśmy się udać do specjalisty. Specjalista oczywiście nie był „na jutro”, tylko za ileś tam dni, i ten dzień wypadł właśnie dzisiaj. Pojechaliśmy we trójkę, żeby przy okazji pozałatwiać parę spraw, ale pierwszy na liście był pulmonolog-alergolog.
Gdy tylko wyłoniłam się zza zakrętu któregoś kolejnego korytarza w tej placówce "służby zdrowia", zobaczyłam, że na szybkie załatwienie sprawy nie ma co liczyć. Nie udało mi się dojść, ile osób czeka w kolejce przede mną, jedynie mgliście się dowiedziałam, za jaką panią mamy zająć kolejkę. Usiedliśmy z małoletnim o 9.25. Przez 40 minut do gabinetu lekarskiego nikt nie wchodził, ani nikt z niego nie wychodził. Wszystkie krzesła w poczekalni były zajęte, a na nich mamy z dziećmi na kolanach, mamy i tatusiowe z dziećmi przy nogach, mama z wózkiem, do której co chwila przybiegała para dzieciaczków z lekkim obłędem w oczach i czerwonymi od biegania policzkami oraz mama z własnym ojcem czyli dziadkiem małego dziecka. A niektórzy rodzice to nawet siedzieli na parapecie niskiego okna, w drugiej części korytarza. Duchota biła nieomal po oczach. Małoletni raz po raz wyłaził sobie na dwór, spacerował do tatusia w samochodzie i wracał, znudzony niemiłosiernie. Kupiona w szpitalnym kiosku gazeta nie na wiele się zdała, bo skupić się na niej nie mogłam: trzęsła mnie cholera, zarówno z obawy, że coś mogę w tym tłumie podłapać, jak i z powodu hałasu: kolejne dziecko zaczynało kaszleć, inne się drzeć, kolejne deptać po nogach, a mamy jedna przez drugą krzyczały na te swoje dzieci. „Nie biegaj”!, „Nie płacz”!, „Nie krzycz”!; „Chodź tutaj, zaraz wchodzimy”! „Nie, nie idź tam! „Chodź tu szybko do mnie”!, „Daaaaawid!”. I tak w kółko. Co chwila dochodziły nowe mamy. Nerwowo zerkałam na zegarek, bo w takim tempie mogłam nie zdążyć do kolejnego lekarza – swojego dentysty. Czas mieliśmy do ok. 13.
Kolejka baaaardzo powoli, ale topniała. W którymś momencie, gdy krzyczące, cholera wie z jakiego powodu dziecko, osiągnęło apogeum, jedna mama wepchnęła się przed drugą mamę, skwitowawszy swoje poderwanie z krzesła: „Ten pan się przede mną wepchnął, więc teraz ja”. Druga mama zripostowała: „Trzeba było pilnować kolejki, a nie wychodzić na papierocha na dwór”. Mamy się zacietrzewiły i jak bozię kocham, czekałam tylko na to, kiedy rzucą się sobie do gardeł. Już niewiele brakowało. Na szczęście obyło się bez scen.
W tzw. międzyczasie do poczekalni weszła bodajże pielęgniarka, spokojnym głosem pytając, czyje to dzieci tak biegają, bo „Tu ludzie pracują” i „Hałas im przeszkadza”… Fakt, głośno było. Niebezpiecznie było, bo dzieci mogły zaczepić się o wystające z każdego krzesła nogi dorosłych. Nie do wytrzymania było, chwilami. Ale co te biedne małe dzieci miały tam robić? Chyba żaden normalny maluch nie jest w stanie usiedzieć spokojnie trzech (sic!) godzin, bez ruchu, kwękania, płaczu, a nawet krzyku. Mnie samej chciało się krzyczeć: „Ludzie, co wy w tym gabinecie do cholery robicie?????”!
Po mniej więcej 2,5 godzinie dopchaliśmy się wreszcie do pani doktor. Wizyta przebiegła sprawnie, nawet szybko, po czym mieliśmy przejść do gabinetu obok, na spirometrię. Po tymże badaniu  - wdech leku rozszerzającego oskrzela i czekanie 15 minut na powtórkę badania. Czekaliśmy od 11.55 do 12.10. Dentysta na 13….. Wynik spiro ok. (jeden i drugi) i doktor wypisała nam skierowanie na wymaz z nosa do laboratorium. Mąż w samochodzie wychodził już z siebie. Raz wracał do poczekalni, raz z niej wychodził. 
Laboratorium tuż obok, przejście przez podwóreczko, a tam? Kolejka :), a w niej pani z malutkim dzieckiem, tym, co to było również z dziadkiem. Czekamy. Aż pani laborantka łaskawie zejdzie z góry. Wszedł jakiś pan i zajęczał: „W tym naszym kraju…” i nie dokończył. Każdy sobie sam mógł dokończyć. Podchwytliwie zapytałam panią na jakie badanie czeka, a ona, że na pobranie krwi (no chyba, że została z ostatniego badania i jest zamrożona). Oczyma wyobraźni zobaczyłam, jak tę malutką rączkę trzeba kłuć, ile to bólu, krzyku i cierpienia, no i czasu. Na szczęście krew była zamrożona. Moja się już też zmroziła, bo było ok. 12.35. Wymaz trwał sekundę i wróciliśmy z synem do auta. Podsumowując, spędziliśmy w przychodni pulmonologicznej dla dzieci ponad 3 godziny!
Moje 1,5 godziny na fotelu dentystycznym to już pikuś. Dwa zęby kanałowo poleczone, że buzi domknąć nie mogłam, robiło mi już wszystko jedno. Najgorsze były zastrzyki p/bólowe w dziąsła, brr!
Sił starczyło nam tylko na zjedzenie obiadu i kupienie małoletniemu stroju na wf, bo ze starego wyrósł.
W domu byliśmy po 16, a wyjechaliśmy przed 9 rano. Mam dość lekarzy na parę tygodni!