No i minęły 42 lata od urodzin :) I pomyśleć, że miałam dożyć najwyżej do 20-stki. Nie można więc wierzyć żadnym lekarsko-medycznym statystykom, że z mukowiscydozą żyje się w Polsce do tego wieku, albo niewiele dłużej...
Jest dzisiaj taki cudowny, gorący dzień, prawdziwy czerwiec, niczym szczyt lata, i oby tylko takich czerwców było jeszcze wiele:) Z życzeń urodzinowych tego chciałabym najbardziej...
sobota, 15 czerwca 2013
wtorek, 21 maja 2013
Czym jest szczęście? Kto i jak często się nad tym zastanawia? Zazwyczaj wydaje się nam, że szczęście osiągniemy wtedy, kiedy: będziemy mieć dużo forsy, kupimy nowy samochód, pojedziemy na wakacje życia, znajdziemy lepszą (czyt. lepiej płatną) pracę, spełnimy jakieś swoje pragnienia czy marzenia. Szczęście kojarzy się nam z czymś wielkim i często nieosiągalnym; ponadto często uważamy, że inni są szczęśliwsi od nas, bo mają te pieniądze, ten samochód, byli na wspaniałych wakacjach.
W przepiękne sobotnie popołudnie pojechałam z mężem do naszych pszczół, które w kilku ulach stoją sobie wśród łanów żółtego rzepaku. Morze żółci, aż kłującej w oczy...widok przecudny. Obok uli, w leśnym zagajniku ptaki wyśpiewywały swoją muzykę, a skowronek nad moją głową dokańczał muzyczne dzieło. Pomyślałam wtedy, po raz kolejny w życiu, że to jest właśnie SZCZĘŚCIE - móc o własnych siłach i na własnych nogach chodzić pośród tych cudów natury, słyszeć je i podziwiać. Gdy leżałam w szpitalu, i przez brudne szyby widziałam budzącą się do życia przyrodę, serce ściskało mi się z bólu, że nie mogę tej przyrody dotknąć. Nadrabiam więc teraz te 12 dni i chłonę wszystko, co jest dookoła mnie. I dziękuję Bogu, że jeszcze chodzę, że jeszcze nie muszę spędzać kilku czy kilkunastu godzin pod butlą z tlenem; że widzę (cóż, że w szkłach kontaktowych -6 dioprii :)), że słyszę, bo to NAPRAWDĘ jest szczęście. Świat jest tak cudowny, trzeba tylko dostrzec jego piękno...
W przepiękne sobotnie popołudnie pojechałam z mężem do naszych pszczół, które w kilku ulach stoją sobie wśród łanów żółtego rzepaku. Morze żółci, aż kłującej w oczy...widok przecudny. Obok uli, w leśnym zagajniku ptaki wyśpiewywały swoją muzykę, a skowronek nad moją głową dokańczał muzyczne dzieło. Pomyślałam wtedy, po raz kolejny w życiu, że to jest właśnie SZCZĘŚCIE - móc o własnych siłach i na własnych nogach chodzić pośród tych cudów natury, słyszeć je i podziwiać. Gdy leżałam w szpitalu, i przez brudne szyby widziałam budzącą się do życia przyrodę, serce ściskało mi się z bólu, że nie mogę tej przyrody dotknąć. Nadrabiam więc teraz te 12 dni i chłonę wszystko, co jest dookoła mnie. I dziękuję Bogu, że jeszcze chodzę, że jeszcze nie muszę spędzać kilku czy kilkunastu godzin pod butlą z tlenem; że widzę (cóż, że w szkłach kontaktowych -6 dioprii :)), że słyszę, bo to NAPRAWDĘ jest szczęście. Świat jest tak cudowny, trzeba tylko dostrzec jego piękno...
piątek, 17 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
Wróciłam, wróciłam, wróciłam :) Dwanaście dni zleciało szybciutko... I tylko olbrzymie siniaki na pokłutych rękach przypomną mi za kilka dni o tym, że miałam "przerwę w życiorysie". Wymodliłam sobie chyba, żeby leżeć w sali z takimi osobami, z którymi da się wytrzymać, i Ktoś spełnił to moje życzenie. Ekipa zebrała się odpowiednia, i do pogadania i do pośmiania. No i najważniejsze, że nikt nie CHRAPAŁ! Bo noce i tak nie były specjalnie wyspane, wieczorna kroplówka z antybiotykiem kończyła się w okolicach 22h, a ok. 5 rano była następna. W sumie dostawałam kroplóweczki jedną rano, dwie w południe, i jedną wieczorem. I antybiotyki dobrze dobrane, bo po 3 dniach już mi się lepiej oddychało, a wejście po schodach nie sprawiało aż takiego zmęczenia, jak dotychczas.
Cały dzień szpitalny ma swój rytm- przez pierwsze dni pobieranie krwi do badań, potem kroplówka, drzemka do 7 rano, pobudka, toaleta, inhalacje, drenaż, śniadanie, wizyta lekarza, badania (ekg, usg, rtg/tomografia, spirometria, fiberoskopia), polegiwanie w łóżku, czasami wizyta studentów, obiad, nuda, kolacja, inhalacje, drenaż, kroplówka, spanie:) I tak w kółko przez 12 dni. Leżenie w szpitalu przypomina pod wieloma względami pobyt w więzieniu, a jedzenie jest na pewno 100 razy gorsze. Tragedia po prostu :( Każda zupa o tym samym selerowym smaku, brr, zimne i niesłone ziemniaki (lub makaron, kasza) i gotowane mięso. Jak bozię kocham, nie jestem wybredna, ale tym razem nie dało się tego jeść. Nie rozszyfruję chyba zamiarów tego "kateringu" - dlaczego nic nie miało grama soli, i zawsze było zimne....Wiem, wiem, dieta lekkostrawna, ale w końcu nie każdy musi ją mieć, a ja akurat nie muszę. Jak zobaczyłam 12 dnia kotlet schabowy, to go o mało z talerzem nie zjadłam:) Widocznie taki prezent na odejście, zwłaszcza, że mi się nie należał, a dostałam tylko dzięki uprzejmości Pani, która nas (z muko) traktuje jak swoje dzieci.
I najgorsza rzecz - te cholerne pękające żyły. Byłam kłuta po 3-4 razy, i dopiero udawało się znaleźć żyłę, w której wenflon trzymał się raptem 1 dzień. Aż w końcu po ok. tygodniu tych udręk znaleziono super żyłę, która wystarczyła do końca leczenia, czyli jeszcze ok. 5 dni. I już było dobrze...
Przeczytałam pięć książek, kilka gazet, i zerknęłam do swoich wierszy. Wolny czas wykorzystałam więc chyba w 100%.
Cały dzień szpitalny ma swój rytm- przez pierwsze dni pobieranie krwi do badań, potem kroplówka, drzemka do 7 rano, pobudka, toaleta, inhalacje, drenaż, śniadanie, wizyta lekarza, badania (ekg, usg, rtg/tomografia, spirometria, fiberoskopia), polegiwanie w łóżku, czasami wizyta studentów, obiad, nuda, kolacja, inhalacje, drenaż, kroplówka, spanie:) I tak w kółko przez 12 dni. Leżenie w szpitalu przypomina pod wieloma względami pobyt w więzieniu, a jedzenie jest na pewno 100 razy gorsze. Tragedia po prostu :( Każda zupa o tym samym selerowym smaku, brr, zimne i niesłone ziemniaki (lub makaron, kasza) i gotowane mięso. Jak bozię kocham, nie jestem wybredna, ale tym razem nie dało się tego jeść. Nie rozszyfruję chyba zamiarów tego "kateringu" - dlaczego nic nie miało grama soli, i zawsze było zimne....Wiem, wiem, dieta lekkostrawna, ale w końcu nie każdy musi ją mieć, a ja akurat nie muszę. Jak zobaczyłam 12 dnia kotlet schabowy, to go o mało z talerzem nie zjadłam:) Widocznie taki prezent na odejście, zwłaszcza, że mi się nie należał, a dostałam tylko dzięki uprzejmości Pani, która nas (z muko) traktuje jak swoje dzieci.
I najgorsza rzecz - te cholerne pękające żyły. Byłam kłuta po 3-4 razy, i dopiero udawało się znaleźć żyłę, w której wenflon trzymał się raptem 1 dzień. Aż w końcu po ok. tygodniu tych udręk znaleziono super żyłę, która wystarczyła do końca leczenia, czyli jeszcze ok. 5 dni. I już było dobrze...
Przeczytałam pięć książek, kilka gazet, i zerknęłam do swoich wierszy. Wolny czas wykorzystałam więc chyba w 100%.
czwartek, 18 kwietnia 2013
Spakowana jestem w 80-90 procentach. Toreb od groma i ciut ciut, ale jak się jedzie na 2-3 tygodnie do szpitala, daleko od domu, to niestety tak to wygląda. Jedna torba z ubraniami typu piżamy, dresy, koszulki, itp., kosmetyki, dokumenty, książki i gazetki do czytania. Druga torba z "akcesoriami" do inhalacji i z lekami, bo niestety w szpitalu wszystkich potrzebnych leków człowiekowi nie dają, zwłaszcza insuliny. Trzecia torba z jedzeniem, bo szpitalny wikt czasem jest nie do strawienia, a poza tym ja mam apetyt słonia :) Ponadto zgrzewka wody mineralnej, poduszeczka-jasieczek i podręczna torebka. Jak z takim wyposażeniem wkroczyłam swego czasu do szpitala położniczego, to się bałam, że mnie nie wpuszczą:) Na szczęście w "mojej" klinice wszyscy już mnie znają od 15 lat, i nikogo taki widok nie dziwi, no może poza osobami, które leżą z innymi schorzeniami niż mukowiscydoza.
Jak zwykle nerwy dadzą o sobie znać w nocy, zawsze przed takim wyjazdem nie mogę spać. Chłopaki też się trochę denerwują, ale chyba damy radę. Jak wrócę na pewno wiosna będzie już w pełnym rozkwicie i na rok będę mogła zapomnieć o wenflonach i kroplówkach.
Jak zwykle nerwy dadzą o sobie znać w nocy, zawsze przed takim wyjazdem nie mogę spać. Chłopaki też się trochę denerwują, ale chyba damy radę. Jak wrócę na pewno wiosna będzie już w pełnym rozkwicie i na rok będę mogła zapomnieć o wenflonach i kroplówkach.
piątek, 12 kwietnia 2013
Świstaka, który "przepowiedział" szybkie nadejście wiosny w tym roku, mogłabym udusić własnymi rękami, ale w końcu szkoda zwierzęcia, co ono winne temu, że wiośnie się jednak nie spieszy....
Dzisiaj i wczoraj, gdy zaczął padać drobny deszczyk i przestało tak lodowato wiać, wreszcie czuć, że zima sobie poszła, oby na długo, nikt za nią tęsknić nie będzie:) I niech tylko ktoś spróbuje narzekać na upały.... Ja na pewno nie będę, zawsze wolałam upał niż ziąb, mimo, że gorące powietrze niby nie sprzyja oddychaniu, mnie na razie sprzyjało.
Po okropnej anginie mojego syna przesunęłam swój termin leczenia w Poznaniu o kilka dni. Za tydzień będę być może pisała już z Kliniki. Stety-niestety...Jak to powiedział kiedyś nasz były prezydent: "Nie chcem, ale muszem". Muszę nakarmić swoje żyły furą antybiotyków, a stamtąd niech eliksir płynie po całym organizmie. I tak cud, że rok wytrzymałam bez antybiotykoterapii dożylnej, jak wszędzie ludzie chorowali na grypy, anginy, grypy tzw. żołądkowe, i inne dziadostwa. Może wrócę już na weekend majowy.... Trzymajcie kciuki:)
Dzisiaj i wczoraj, gdy zaczął padać drobny deszczyk i przestało tak lodowato wiać, wreszcie czuć, że zima sobie poszła, oby na długo, nikt za nią tęsknić nie będzie:) I niech tylko ktoś spróbuje narzekać na upały.... Ja na pewno nie będę, zawsze wolałam upał niż ziąb, mimo, że gorące powietrze niby nie sprzyja oddychaniu, mnie na razie sprzyjało.
Po okropnej anginie mojego syna przesunęłam swój termin leczenia w Poznaniu o kilka dni. Za tydzień będę być może pisała już z Kliniki. Stety-niestety...Jak to powiedział kiedyś nasz były prezydent: "Nie chcem, ale muszem". Muszę nakarmić swoje żyły furą antybiotyków, a stamtąd niech eliksir płynie po całym organizmie. I tak cud, że rok wytrzymałam bez antybiotykoterapii dożylnej, jak wszędzie ludzie chorowali na grypy, anginy, grypy tzw. żołądkowe, i inne dziadostwa. Może wrócę już na weekend majowy.... Trzymajcie kciuki:)