Myślę, że urodziłam się po to, by czytać książki.
"Złodziejka książek" to jedna z tych, które zmieniają życie.
wtorek, 30 grudnia 2014
czwartek, 18 grudnia 2014
Siedzi "baba" na stolnicy,
karp od dawna jest w miednicy,
moc pierożków stroszy uszka,
a w zalewie leży gruszka.
Czas ubierać już choinkę,
zrobić słodką, miłą minkę
i wybaczyć swary głupie,
wnet i grzyby będą w zupie:)
Czas miłości, czas spokoju,
wnet Mikołaj po pokoju
będzie krążył cicho, ładnie
i ułoży prezent składnie.
Każdy coś dostanie chyba,
nawet podtopiona ryba -
może się ratować salwą
gdzieś pomiędzy starą malwą.
Siądźmy razem do barszczyku,
bo renifer robi fiku
chce odpocząć od hałasu
i polecieć gdzieś do lasu!
My zostańmy przy choince,
w cieple, gwarze, przy rodzince!
czwartek, 11 grudnia 2014
Starość?
Ta jesień (tak jak poprzednia) mnie nie rozpieszcza. Co prawda niby to tylko przeziębienia tym razem, ale dla kogo "tylko", a dla kogo "aż", to druga strona. Dla mojego syna to tylko przeziębienia, dla mnie te przeziębienia kończą się na oskrzelach/płucach. Więc drugi raz od początku roku szkolnego jestem na solidnej porcji antybiotyków, i innych specyfików, żeby w ogóle normalnie funkcjonować. Jest o niebo lepiej od momentu sprzed antybiotyku, ale wiadomo-człowiek chciałby zdobywać góry, a się nie da.
Musiałam wczoraj wdrapać się na dość wysokie jak na mnie schody. Drugie piętro chyba. No i oczywiście siłą rozpędu wpadłam na te schody, i po połowie musiałam przystanąć i złapać powietrze. Szli za mną znajomi. I pan, który wydawało mi się, że wie, co mi jest, powiedział: "Co, starość?".... Z żartobliwym uśmiechem na twarzy... Pewnie to miał być żart, ale mnie nie rozśmieszył jakoś. Wkurzyłam się i odpowiedziałam, że nie jestem stara, tylko stare mam płuca! To tyle w kwestii mojej "starości".
Musiałam wczoraj wdrapać się na dość wysokie jak na mnie schody. Drugie piętro chyba. No i oczywiście siłą rozpędu wpadłam na te schody, i po połowie musiałam przystanąć i złapać powietrze. Szli za mną znajomi. I pan, który wydawało mi się, że wie, co mi jest, powiedział: "Co, starość?".... Z żartobliwym uśmiechem na twarzy... Pewnie to miał być żart, ale mnie nie rozśmieszył jakoś. Wkurzyłam się i odpowiedziałam, że nie jestem stara, tylko stare mam płuca! To tyle w kwestii mojej "starości".
piątek, 5 grudnia 2014
środa, 3 grudnia 2014
Przychodzi baba do lekarza -c.d. - "Schody w górę, schody w dół"
Jak ja mogę lubić jesień i zimę, kiedy po pierwsze jest ciemno od rana do nocy, zimno jak diabli i na dodatek ciągle ktoś w domu jest chory i mnie przy tej marnej okazji zaraża. Tu mała dygresja a propos ciemnych dni. Moja mama swego czasu była w sanatorium, zimą, gdzie może i śnieg wokół leżał, może się to i zimą nazywało, ale słońca było jak na lekarstwo. I jeden z kuracjuszy, góral jak się patrzy, spytał czy u nas nigdy słońce nie świeci. A nie świeci, nie świeci. Tak jakoś nad morzem bywa, poza sezonem letnim oczywiście. Ale za to zazwyczaj jest cieplej niż w innych rejonach kraju. Jak widać coś za coś. Koniec dygresji.
Otóż w te cholernie ciemne i zimne dni, gdzie dusza wyje do słońca i ciepła, człowiek się dodatkowo wkurza, bo wokół same infekcje. Małoletni już czwarty raz od września chory i już dwa razy poczęstował mnie infekcją. Żeby to tylko człowieka gardło bolało ze 3 dni, potem trochę katar, kaszel, to owszem-mogę mieć infekcje. Nawet co dwa miesiące, jak to obecnie ma miejsce. Ale ja po trzech niespanych nocach z powodu takiego bólu gardła, że nic nie pomagało (ssanie tabletek, płukanie gardła, nalewki, mleko z miodem, tabletki z porostem islandzkim, tudzież glutowate siemię lniane), takiej samej ilości nieprzespanych nocy ze względu na kaszel-suchy, męczący i w dodatku krtaniowy, co się oczywiście kończy utratą głosu, mam dość. Kogo bym nie spotkała na tzw. mieście, każdy doradza, żeby mniej gadać. Ha, ha, ha. Żeby to jeszcze od gadania czy imprezowania...Ale nic, idźmy dalej. Kiedy dziadostwo, czyli koszmarny ból gardła i całej "oddechowej rury" lekko mija, zaczyna się dalszy ciąg. Kaszel nieco niżej niż gardło. Męczący, wyciskający z człowieka siły, a nieprzynoszący specjalnej ulgi. Robi się dusznawo. A jak dusznawo, to ciężko nawet łóżko pościelić, odkurzyć, a wejście na schody kończy się zadyszką i kolejnym atakiem kaszlu.
Z każdym dniem jest coraz gorzej, tzn. bardziej męcząco i dusząco, a zapchany do granic możliwości nos (z notabene z przewlekłym zapaleniem zatok) sprawy nie ułatwia.Co robić?
Na parapecie okiennym w kuchni stoi cała bateria leków. Kurację zaczyna się od domowych sposobów, ziółek, homeopatii, czegoś do ssania i czegoś do płukania. Po kilku dniach wiadomo, że nie jest lepiej, a gorzej. Włączam kolejne specyfiki - jakieś jeżówki, eurespale; zwiększam moc i częstotliwość inhalacji,np. 3 rano, 2 po południu, 3 wieczorem; płuczę nie tylko gardło, ale i nos (baaaardzo przyjemne ;)). Lepiej nie jest. Zmęczone czuje się całe ciało, jakieś obolałe. Zgięte od kaszlu. Zachrypnięte do stanu niemówienia. Zimno jak diabli, bo temperatura 37,3 od końca wakacji (bez większych przerw ) nie daje żyć. Ile polopiryny można wypić? A tylko to jakoś działa, żeby poczuć się cieplej. Mija półtora tygodnia. Nie daję rady. Dzwonię do lekarza, najbliższego specjalisty, co robić. Lekarz akurat w ten dzień kiedy jedziesz z jakaś sprawą te 40 km, nie może przyjąć. Proponuje zrobić tzw. antybiogram, czyli w skrócie - na co są wrażliwe moje dziadowskie "etatowe" bakterie. Bo jak mam brać antybiotyk (po zaledwie dwumiesięcznej przerwie; a jadłam go 3 tygodnie łącznie z w/w specyfikami), to dobrze by było wiedzieć konkretnie który. Wiem, że w domu mogę brać tylko dwa antybiotyki - jeden w inhalacji, jeden doustnie. Świata tu nie odkryjemy. Gorzej jak wyjdzie, że już wrażliwości na nic nie ma....No, ale spokojnie. Tylko gdzie ten antybiogram zrobić. W miejscu zamieszkania nie robią. Trzeba 40 km od domu. Potrzebne skierowanie? Nie wiem czy dr rodzinny da. Zwoje mózgowe płoną, aż wpadam na genialny pomysł - kuzynka pracuje tam, gdzie są pulmonolodzy! Eureka! Dzwonię więc, błagając, żeby tak jakoś poza kolejką załatwiła dostanie się do doktora. Z doświadczenia wiem, że nie ma co dzwonić i się pytać czy na dziś cię przyjmą, bo zawsze jest dużo pacjentów. Może na za tydzień albo i później. Wtedy już nie będzie przy okazji wyjazdu, tylko trzeba organizować kolejny wyjazd. Mąż się musi zwalniać z pracy. Nie pojadę busem, bo chora jestem i jest ziąb..... Na szczęście się udaje, najpóźniej trzeba być do 11.30. Jedziemy. Doktor przyjmuje, zadaje ciekawe pytania, o takie bakterie, że nie wiem, o co chodzi, ja takiej na pewno nie mam. Bada. Jest rewelacyjnie! Osłuchowo świetnie! Sama radocha. Tylko, że ta radocha jakoś mnie nie chce/nie może popchnąć na schodach na drugie piętro. Trzeba zrobić zdjęcie rtg płuc, bo w tej placówce dawno nie miałam. Już się rozpędzam, zadowolona, że oprócz wymazu zrobię rtg, gdy tymczasem wchodzi pielęgniarka i oznajmia, że przecież dzisiaj rtg płuc tylko do 10.30 (jest 11.30), bo prądu nie było czy nie ma :( Cholera! No to chociaż wymaz zrobię. Z karteczką poszłam do rejestracji, żeby tam dopisano mój adres i poprosiłam o kubeczek na plwocinę. Pani mnie pyta - jaki kubeczek? Odpowiadam, że chyba normalny, zwykły. "Ale z takim podłożem ze spirytusem"? Że z czym????? Pierwsze słyszę, więc mówię, że nie. Raczej nie. Pielęgniarka kieruje mnie więc do laboratorium, tam będą wiedzieli najlepiej. Ubieram się w kurtkę, bo trzeba przejść kawałek do innego wejścia. Jedne schody w dół, drugie schody w górę. Weszłam. Pani mile uśmiechnięta, na moje pytanie o antybiogram mówi, że ona nie ma żadnych kubeczków. Muszą mi dać w rejestracji, w tym wejściu z którego właśnie przyszłam. Świetnie. Więc znów jedne schody w dół, potem drugie schody w górę.Stoję przed okienkiem rejestracji i z triumfem mówię, jaki kubeczek potrzebny. Jałowy. Normalny. Z tym pudełeczkiem znowu schody na dół i schodki w górę plus następne schodki w górę. To pewnie specjalnie architekt tak wymyślił - rehabilitacja jak znalazł, bo po takiej marszrucie od razu lepiej się kaszle. Oddałam, co miałam oddać i to by było na tyle. Na tyle udzielenia mi pomocy, żeby lepiej się poczuć. Wynik za kilka dni. W tzw. międzyczasie mam zrobić rtg płuc i z tym do doktora ponownie. Czyli upłynie z półtora tygodnia albo i dwa zanim będzie wiadomo na co jestem wrażliwa. Jak przeżyć te dni? Kaszel jak przy zaawansowanej gruźlicy. Serce wali przy każdym większym ruchu. A przecież jakoś trzeba żyć. A ja marzę tylko o wejściu pd kołdrę :)
Ps.1. Po wynik trzeba osobiście jechać. No wiadomo. Czyli znowu trzeba tak zorganizować życie, żeby "załatwić" ze dwie sprawy na raz. Lekarz i np. prezenty świąteczne:)
Ps.2. Jak dobrze mieć kochaną kuzynkę....
Otóż w te cholernie ciemne i zimne dni, gdzie dusza wyje do słońca i ciepła, człowiek się dodatkowo wkurza, bo wokół same infekcje. Małoletni już czwarty raz od września chory i już dwa razy poczęstował mnie infekcją. Żeby to tylko człowieka gardło bolało ze 3 dni, potem trochę katar, kaszel, to owszem-mogę mieć infekcje. Nawet co dwa miesiące, jak to obecnie ma miejsce. Ale ja po trzech niespanych nocach z powodu takiego bólu gardła, że nic nie pomagało (ssanie tabletek, płukanie gardła, nalewki, mleko z miodem, tabletki z porostem islandzkim, tudzież glutowate siemię lniane), takiej samej ilości nieprzespanych nocy ze względu na kaszel-suchy, męczący i w dodatku krtaniowy, co się oczywiście kończy utratą głosu, mam dość. Kogo bym nie spotkała na tzw. mieście, każdy doradza, żeby mniej gadać. Ha, ha, ha. Żeby to jeszcze od gadania czy imprezowania...Ale nic, idźmy dalej. Kiedy dziadostwo, czyli koszmarny ból gardła i całej "oddechowej rury" lekko mija, zaczyna się dalszy ciąg. Kaszel nieco niżej niż gardło. Męczący, wyciskający z człowieka siły, a nieprzynoszący specjalnej ulgi. Robi się dusznawo. A jak dusznawo, to ciężko nawet łóżko pościelić, odkurzyć, a wejście na schody kończy się zadyszką i kolejnym atakiem kaszlu.
Z każdym dniem jest coraz gorzej, tzn. bardziej męcząco i dusząco, a zapchany do granic możliwości nos (z notabene z przewlekłym zapaleniem zatok) sprawy nie ułatwia.Co robić?
Na parapecie okiennym w kuchni stoi cała bateria leków. Kurację zaczyna się od domowych sposobów, ziółek, homeopatii, czegoś do ssania i czegoś do płukania. Po kilku dniach wiadomo, że nie jest lepiej, a gorzej. Włączam kolejne specyfiki - jakieś jeżówki, eurespale; zwiększam moc i częstotliwość inhalacji,np. 3 rano, 2 po południu, 3 wieczorem; płuczę nie tylko gardło, ale i nos (baaaardzo przyjemne ;)). Lepiej nie jest. Zmęczone czuje się całe ciało, jakieś obolałe. Zgięte od kaszlu. Zachrypnięte do stanu niemówienia. Zimno jak diabli, bo temperatura 37,3 od końca wakacji (bez większych przerw ) nie daje żyć. Ile polopiryny można wypić? A tylko to jakoś działa, żeby poczuć się cieplej. Mija półtora tygodnia. Nie daję rady. Dzwonię do lekarza, najbliższego specjalisty, co robić. Lekarz akurat w ten dzień kiedy jedziesz z jakaś sprawą te 40 km, nie może przyjąć. Proponuje zrobić tzw. antybiogram, czyli w skrócie - na co są wrażliwe moje dziadowskie "etatowe" bakterie. Bo jak mam brać antybiotyk (po zaledwie dwumiesięcznej przerwie; a jadłam go 3 tygodnie łącznie z w/w specyfikami), to dobrze by było wiedzieć konkretnie który. Wiem, że w domu mogę brać tylko dwa antybiotyki - jeden w inhalacji, jeden doustnie. Świata tu nie odkryjemy. Gorzej jak wyjdzie, że już wrażliwości na nic nie ma....No, ale spokojnie. Tylko gdzie ten antybiogram zrobić. W miejscu zamieszkania nie robią. Trzeba 40 km od domu. Potrzebne skierowanie? Nie wiem czy dr rodzinny da. Zwoje mózgowe płoną, aż wpadam na genialny pomysł - kuzynka pracuje tam, gdzie są pulmonolodzy! Eureka! Dzwonię więc, błagając, żeby tak jakoś poza kolejką załatwiła dostanie się do doktora. Z doświadczenia wiem, że nie ma co dzwonić i się pytać czy na dziś cię przyjmą, bo zawsze jest dużo pacjentów. Może na za tydzień albo i później. Wtedy już nie będzie przy okazji wyjazdu, tylko trzeba organizować kolejny wyjazd. Mąż się musi zwalniać z pracy. Nie pojadę busem, bo chora jestem i jest ziąb..... Na szczęście się udaje, najpóźniej trzeba być do 11.30. Jedziemy. Doktor przyjmuje, zadaje ciekawe pytania, o takie bakterie, że nie wiem, o co chodzi, ja takiej na pewno nie mam. Bada. Jest rewelacyjnie! Osłuchowo świetnie! Sama radocha. Tylko, że ta radocha jakoś mnie nie chce/nie może popchnąć na schodach na drugie piętro. Trzeba zrobić zdjęcie rtg płuc, bo w tej placówce dawno nie miałam. Już się rozpędzam, zadowolona, że oprócz wymazu zrobię rtg, gdy tymczasem wchodzi pielęgniarka i oznajmia, że przecież dzisiaj rtg płuc tylko do 10.30 (jest 11.30), bo prądu nie było czy nie ma :( Cholera! No to chociaż wymaz zrobię. Z karteczką poszłam do rejestracji, żeby tam dopisano mój adres i poprosiłam o kubeczek na plwocinę. Pani mnie pyta - jaki kubeczek? Odpowiadam, że chyba normalny, zwykły. "Ale z takim podłożem ze spirytusem"? Że z czym????? Pierwsze słyszę, więc mówię, że nie. Raczej nie. Pielęgniarka kieruje mnie więc do laboratorium, tam będą wiedzieli najlepiej. Ubieram się w kurtkę, bo trzeba przejść kawałek do innego wejścia. Jedne schody w dół, drugie schody w górę. Weszłam. Pani mile uśmiechnięta, na moje pytanie o antybiogram mówi, że ona nie ma żadnych kubeczków. Muszą mi dać w rejestracji, w tym wejściu z którego właśnie przyszłam. Świetnie. Więc znów jedne schody w dół, potem drugie schody w górę.Stoję przed okienkiem rejestracji i z triumfem mówię, jaki kubeczek potrzebny. Jałowy. Normalny. Z tym pudełeczkiem znowu schody na dół i schodki w górę plus następne schodki w górę. To pewnie specjalnie architekt tak wymyślił - rehabilitacja jak znalazł, bo po takiej marszrucie od razu lepiej się kaszle. Oddałam, co miałam oddać i to by było na tyle. Na tyle udzielenia mi pomocy, żeby lepiej się poczuć. Wynik za kilka dni. W tzw. międzyczasie mam zrobić rtg płuc i z tym do doktora ponownie. Czyli upłynie z półtora tygodnia albo i dwa zanim będzie wiadomo na co jestem wrażliwa. Jak przeżyć te dni? Kaszel jak przy zaawansowanej gruźlicy. Serce wali przy każdym większym ruchu. A przecież jakoś trzeba żyć. A ja marzę tylko o wejściu pd kołdrę :)
Ps.1. Po wynik trzeba osobiście jechać. No wiadomo. Czyli znowu trzeba tak zorganizować życie, żeby "załatwić" ze dwie sprawy na raz. Lekarz i np. prezenty świąteczne:)
Ps.2. Jak dobrze mieć kochaną kuzynkę....
piątek, 21 listopada 2014
„Bogowie”
Gorączkowo szukałam w kalendarzu zapisków, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Zgroza mnie ogarnęła, że w lutym tego roku! Na
„Papuszy” (gorąco polecam!). Naocznie przekonałam się, że minęło nieprzyzwoicie
dużo czasu, i wymówka o późnej godzinie seansu filmowego nie ma sensu i nie powinna mnie zniechęcić. I całe szczęście, że pokonałam lenistwo i chęć położenia się
do łóżka o 22 godzinie. Film był po prostu wspaniały! Niesamowity, prawdziwy,
do śmiechu i do płaczu, ale i do zastanowienia się nad sensem życia w baaardzo
szerokim ujęciu.
Dwie godziny zleciały nie wiadomo
kiedy. Wlepiałam oczy w ekran i w Tomasza Kota i
dochodziłam do wniosku, że ten aktor jest jednym z najlepszych w polskim kinie.
Ten chód, to spojrzenie, te wypalane tonami wręcz papierosy; nieomal czuć było
śmierdzący dym z ekranu :)
Profesora Religę znają/znali wszyscy. W
sensie kim był, co robił, jakie miał zasługi. Ale że jego droga na szczyt tak
wyglądała jak zdobywanie Mont Everestu, to nawet nie przypuszczałam.
Wśród „naszych” chorych często przewija
się temat przeszczepiania różnych organów, rzecz jasna głównie płuc. Kiedyś się
mówiło, że jak płuca do wymiany, to i serce. Teraz ponoć już nie. Same płuca
się przeszczepia. Ale czy ktoś z nas tak naprawdę zagłębiał się w ten temat? Czy
ktoś z nas zdaje sobie sprawę jak to wszystko wygląda? I jakie to
jest trudne dla wszystkich? Dla dawców, dla biorców, dla obu rodzin, dla
lekarzy, dla tych którzy przeszczep robią, jak i tych, którzy z całą pewnością muszą
stwierdzić tzw. śmierć pnia mózgu pacjenta, żeby jego organy mogły zostać
pobrane? Wczoraj tę całą drogę prześledziłam od początku do końca. Końca szczęśliwego-
że pacjent przeżył tę koszmarną operację, i końca końców-że nie udało się uratować
biorcy. I że razem z nim umarła nadzieja.
Skąd w profesorze Relidze było tyle
siły, tyle samozaparcia, tyle pewności, że po wielu błędach musi się w końcu
udać. To strasznie brzmi, że trzeba było poświęcić kilka istnień ludzkich w imię
tego, żeby potem przeżyły setki, tysiące… To jak wojna, woja o życie. Wojna o
dusze. A raczej – wojna o serca. Serca,
które do lat osiemdziesiątych były traktowane jak świętość, której nie wolno ruszać.
Żaden uznany profesor nawet słyszeć nie chciał o przeszczepach serca. Bo to
niemoralne, bo to nieprzyzwoite, bo to świętokradztwo! I dopiero wtedy
uzmysłowiłam sobie, jak wielki krok zrobiliśmy wszyscy! Ile lat musiało upłynąć,
żeby lekarze (i nie tylko) zrozumieli, że bez przeszczepów serca (i nie tylko)
nie uratujemy dzieci, młodych ludzi, staruszków. Ile lat musiało upłynąć, żeby
ludzie w swojej rozpaczy i osobistej tragedii, umieli zobaczyć coś więcej, niż
tylko/aż tę tragedię. Sens tego wszystkiego. Żeby podarowali innym życie. Tak po
prostu. Nie każdego na to stać, zdaję sobie z tego sprawę. Nawet nie umiem
powiedzieć, czy sama umiałabym przekazać komuś organy bliskiej osoby, która
odchodzi. A przecież mam świadomość jakie to ważne. Wiem, że – być może –
kiedyś moje życie będzie zależało od śmierci innej osoby. To nieludzkie. To straszne.
Ale tak bywa.
Religa podjął się tego ryzyka. Gdyby
nie on i ludzie jemu podobni, świat stanąłby w miejscu. I kręcił się w zaklętym
kręgu, którego nikt nie chce przerwać. A on przerwał! Postawił na swoim! Dziś prawie
nikt nie kwestionuje potrzeby przeszczepiania organów, ale dojście do tego
miejsca w przypadku profesora wiązało się z ruinami jego własnego życia, gdyż
zostało podporządkowane jednej idei. Widocznie
tak musi być. Religa był jak wielki artysta, dla którego najważniejsze było
dzieło, w tym przypadku – podarowanie drugiego życia. Nie dziwi więc tytuł filmu „Bogowie”.
Nie spałam do czwartej nad ranem...
Nie spałam do czwartej nad ranem...
piątek, 7 listopada 2014
Przychodzi baba do lekarza c.d. - "Ryczące czterdziestki, wyjące pięćdziesiątki"
Dawno już nie brałam recept
na podstawowe leki. Ostatnio zaszczepiłam się tylko przeciw grypie i już mnie
wtedy poinformowano, że następnym razem trzeba nie tylko zmierzyć ciśnienie
krwi przed wejściem do doktora, ale i zrobić EKG. Taki program jest. No, ok. Wtedy
tłum ludzi mnie wystraszył, stwierdziłam, że leki mam. Ale na początku tego
tygodnia pewne preparaty były na wykończeniu, czas iść do lekarza. Poniedziałek.
Kartka na drzwiach doktora – dwa dni go nie ma, w razie problemów iść do jednego
z dwóch innych lekarzy. Problemów nie miałam, wyliczyłam w głowie, że spokojnie
leki starczą, przyjdę w środę. Środa. Tłum ludzi, zarówno pod gabinetem
doktora, jak i pod gabinetem pielęgniarek. Zajęłam obie kolejki, siadam,
czekam. Wlecze się wszystko jak za przeproszeniem flaki z olejem, bo raczej na
mierzenie ciśnienia i EKG serca nie siedzą młodzi kulturyści, tylko ryczące czterdziestki
i wyjące pięćdziesiątki. A i ktoś pod 8o-tkę też by się znalazł. Zanim każdy się
rozbierze, co niektórzy zapewne z portek, kaleson, tudzież bluzek, koszulek i
staników, do godziny 13 zejdzie. A doktor tylko do 13, a potem dwugodzinna
przerwa. Posiedziałam, popatrzyłam i sobie poszłam. „Przyjdę jutro”, ale w głowie zaświtała mi myśl, że przecież niemożliwe, żeby doktora nie było jutro.
Jutro zrobiło się
dzisiaj. Zapowiedziałam małoletniemu, który już ma skróconą formę ferii z
okazji Dnia Niepodległości, że idę do przychodni i długo mnie może nie być. Bo zanim
to EKG, zanim ciśnienie, zanim recepty i apteka, zejdzie na pewno. I cóż
ujrzały moje oczy na drzwiach gabinetu doktora????? Karteczkę, a na niej napis,
który głosił, że doktora nie będzie do godziny 16-pilny wyjazd. Naprawdę jestem
cierpliwa, ale szlag mnie trafił !
Obleciałam 4 sklepy w poszukiwaniu kurzych
żołądków, bo nam się zachciało czegoś a la flaczki, a około południa niestety już
wsio wykupione, ale się udało! Obiad jakiś z tego będzie.
Wracając do recept i
lekarza, zawzięłam się, że dzisiaj to załatwię. W aptece zamówiony Kreon, coś wzięte „na krechę”, powzięłam decyzję - po
obiedzie, idę! O dziwo, mile się zaskoczyłam, bo i doktor był i ludzi tylko
kilka sztuk. Ale przegląd pacjenta w gabinecie pielęgniarskim i tak długo się
ciągnął. Zajęłam dwie kolejki i siadłam. Pogadałam ze znajomym, który tylko "na
ciśnienie" przyszedł i w końcu doczekałam się wizyty. Oprócz wymienionych
już badań zważono mnie (w spodniach i golfie, ale co tam!), i zmierzono wzrost.
Cholera, zmalałam! O 2 cm. Na moje zmartwione spojrzenie pani powiedziała, że
po 30-stce to już malejemy; kurczę, a ja mam ponad 40, to zaraz znów mi
ubędzie ze 2 cm. Szpilki jednak częściej muszę zakładać… EGK zrobione, ciśnienie
zmierzone, idę do drugiej kolejki. Na szczęście długo już nie siedziałam, nawet
uprzejmy kolega mnie przepuścił, może jednak dobrze nie wyglądałam? Doktor od
razu spytał, czy robiłam EKG, bo on nic nie dostał na biurko… Hm? Przecież mam ślady
po EGK, powiedziałam, mogę pokazać! Ale widocznie na wdzięki ryczącej czterdziestki
doktor nie chciał patrzeć. Uwierzył na słowo. Ale opisu nie zrobił, bo nie miał
z czego, jeszcze wysłuchałam opinii, że są cztery pielęgniarki i wszystko ma
płynnie iść. Aha, nie wiedziałam…
Z przychodni wyszłam
po godzinie. Potem pół godziny w aptece, i z torbą leków za ponad 400 zł
poszłam sobie w stronę domu.
Razem straciłam półtorej godziny… Małoletni w domu z przestrachem spytał, gdzie ja tyle byłam. Bo wychodziłam jak było w miarę widno, a wróciłam jak się ciemno zrobiło. Trudno, „mus to mus” – jak się choruje, to trzeba mieć czas, cierpliwość i zdrowie. o pieniądzach nie wspomnę. W przychodni bez okien na korytarzu zapewne fruwa niejedno dziadostwo….
Razem straciłam półtorej godziny… Małoletni w domu z przestrachem spytał, gdzie ja tyle byłam. Bo wychodziłam jak było w miarę widno, a wróciłam jak się ciemno zrobiło. Trudno, „mus to mus” – jak się choruje, to trzeba mieć czas, cierpliwość i zdrowie. o pieniądzach nie wspomnę. W przychodni bez okien na korytarzu zapewne fruwa niejedno dziadostwo….